Mój avatar
archiwum
2012 Styczeń 2011 Lipiec 2010 Styczeń 2009 Grudzień Listopad Październik
linki
http://www.blogroku.pl/jemens,gw7qv,blog.html
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 5506 osób
|
|
Wiedźma
- Przepraszam was, panie, ale żem nie miał żadnego wpływu na to, co się stało - powiedział niski, zarośnięty bezzębny chłop, próbujący wykazać się elokwencją mimo krążącego w żyłach alkoholu. Miał wielkie i silne dłonie od pracy w polu i podartą, za dużą koszulę w kratę. Pijany wzrok skierował na bogato ubranego przybysza, siedzącego przy jednym ze stolików. - Nic się nie stało - odparł uprzejmie nieznajomy. - Nie chowam urazy, idźcie już sobie. - Ale poczekajcie, ja wam wszystko wyjaśnię - kontynuował chłop. Śmierdziało od niego spirytusem i obornikiem. - Nie przeze mnie się to stało, co się stało. To przez nich - wskazał na bijących się nieopodal ludzi. - Ja sobie… tego… kurtularnie chciałem świętować, bo mi się synek narodził, a wiecie, jak same baby w domu, to jak się nie cieszyć? To żem przyszedł i jak mnie nie wzięli i jak nie przytłukli! No to żem im dłużny nie był i żem przywalił jednemu i drugiemu. Potem mnie wzięli i popchli prosto na waszmościa. - Rozumiem - odpowiedział spokojnie przybysz. - Naprawdę, nic się nie stało. - Także jak widzicie nie miałem żadnej… tej… no… kontroli. Błagam, panie, wybaczcie mi, nie donoście na mnie. Pan ziemi srogi, jeszcze z gospodarki wygna, a syn mi się urodził i długi muszę spłacić. - Możesz być spokojny, nie doniosę - odparł obojętnie nieznajomy. Patrzył z politowaniem na wieśniaka bliskiego płaczu. - Idźcie już sobie. - Dziękuję wam, panie, macie serce, nigdy wam tego nie zapomnę! - wykrzyczał uradowany kmieć, po czym przyłożył wielkie ręce do ust i czknął potężnie. - Jesteście moimi dłużnikami, a ja dotrzymuję danego słowa, jakem Borydart, najlepszy… Przybysz nie dowiedział się, w czym chłop był najlepszy. Kilku mężczyzn podjęło go silnie za ręce i zaciągnęło z powrotem do bijącego się tłumu. - Dlaczego mnie to spotkało? - zapytał sam siebie bogato ubrany nieznajomy. - Kto by przypuszczał, że ja, Marnappi Svarnsen, najsławniejszy kupiec Zachodniego Wybrzeża, będę siedział bezczynnie w tej nędznej, wiejskiej spelunie? Westchnął bezradnie i rozejrzał się po karczmie. Przy ławach siedzieli rośli wieśniacy, wznoszący co chwilę toasty za wszystko, co im przyjdzie do głowy. Na prawo od wejścia znajdował się kontuar, za nim stał gruby, łysy karczmarz, który wycierał szmatą brudne kufle. Naprzeciw szynkwasu, przy kominku stało pięcioro muzykantów, grających nierówno skoczną, wesołą piosenkę. Po przeciwległej stronie sali, przy schodach na górę biło się kilkoro rosłych chłopów, w tym Borydart, który najwyraźniej zapomniał już o synu i długach. Na piętrze, jak w każdej szanującej się karczmie, znajdował się lokalny zamtuz. Kurtyzany, choć niezbyt urodziwe, cieszyły się powodzeniem i uznaniem. - Wróżka prawdę Ci powie! - Marnappi usłyszał tuż nad uchem czyjś skrzeczący głos i podskoczył z przerażenia. Stała za nim stara, zgarbiona kobieta w słomianym kapeluszu i laską przy boku. - Dajcie grosza, a przepowiem wam przyszłość! - Idźcie sobie - odparł stanowczo kupiec. - Nie chcecie znać przyszłości? - zaskrzeczała staruszka i przybliżyła się. - Nie chcecie - odpowiedział sucho. Kobieta spojrzała na niego wrogo, obróciła się i poczłapała do innego stolika. Marnappi sprawdził, czy mieszek nadal wisi przy pasie i uspokojony powrócił do rozmyślań. Wspominał wczorajszą noc, kiedy w pobliskim lesie jakaś banda złodziei napadła na konwój, złupiła cały dobytek i wyrżnęła jego ludzi. On sam cudem uniknął śmierci. Desperacko rzucił się do ucieczki na jednym z koni zbójców. Gdyby wcześniej przewidział, że nastąpi atak, zapewne wynająłby jakichś najemników do ochrony. Ale przecież te strony do niedawna były takie spokojne. Poza tym panował kryzys i każdy grosz się liczył. Teraz musi siedzieć w tej spelunie nad kuflem nienadającego się do spożycia płynu imitującego piwo i czekać, aż któryś z jego współpracowników otrzyma list i przyśle swoich ludzi. - Czy podać coś jeszcze? - miły dziewczęcy głos wyrwał go z zamyślenia. Stała przy nim córka karczmarza. Miała ładną twarz, płowe włosy, zaplecione w warkocz i wydatny biust. Na jej widok Marnappi uśmiechnął się szeroko, rzucił okiem na wszystkie jej walory i odpowiedział serdecznie: - Niczego nie potrzebuję, dziękuję. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, ukłoniła się i poszła w stronę kontuaru. Przybysz przypatrywał się jej kołyszącym się biodrom aż zniknęła za drzwiami zaplecza. Ciężkie jest życie kupca, westchnął. Człowiek pracuje na swoją reputację, inwestuje, gromadzi majątek i nagle wszystko traci przez głupich złodziei. Przecież w tych stronach nie ma grup zbójeckich! Zapewne któryś z jego konkurentów nasłał ich na jego konwój. Nikomu już nie można ufać! A już na pewno nie tym zapchlonym informatorom! Za każdym razem dostawał nieprawdziwe lub niepełne wiadomości. Podobnie było i tym razem, wynajęci informatorzy donieśli, że droga jest czysta. Kupiec obiecał sobie, że jak tylko wróci do miasta osobiście dopilnuje, żeby wtrącono ich do lochów. - Skoro już tu jestem - wymamrotał do siebie - to należałoby spełnić swój kupiecki obowiązek. Wstał, niechętnie rozejrzał się po sali i podszedł do najbliższej ławy, przy której stało kilku chłopów, patrzących z ciekawością na stół. Stał wśród nich młody magik i pokazywał starą, karcianą sztuczkę. Pokaz zaabsorbował kmieci, w ciszy obserwowali każdy ruch iluzjonisty. Zniecierpliwiony Marnappi odszedł i dosiadł się do toastujących nieustannie wieśniaków. - Wypijmy za moją piękną żonę, żeby mi jeszcze jednego syna urodziła! -wykrzyknął jeden z nich. - Daj spokój, Jankasie - odparł drugi. - Cały czas tylko o tej swojej żonie gadasz. I tak wszyscy wiemy, że na boku daje każdemu. - No i co z tego, niech daje, jak ma ochotę. Ja ją kocham i to mi wystarczy. - Ty żeś taki sam jak ona! - krzyknął trzeci. - Córkę karczmarza chędożysz we młynie co niedzielę na wieczór i myślisz, że żona o tym nie wie! - Odezwał się ten, co na każdej zabawie z inną dziewczyną w krzaki wychodzi! - żachnął się Jankas. - Spokojnie, chłopy, bez nerwów – rzekł kolejny, najstarszy z nich wszystkich. - Musimy wypić za syna Borydarta, przecie się wczoraj urodził. - Raczej trzeba wypić za jego ojca, ktokolwiek to nie jest - zarechotał się ten drugi. - Żona Borydarta dawała pewnie i samym kapłanom, więc to nie musi być wcale jego dzieciak. Kmiecie wybuchli śmiechem, podnieśli wysoko kufle i opróżnili ich zawartość. - Wypijmy za nasze gospodarstwa, żeby zaraza już przeszła! - zakrzyknął ten najstarszy. - Jaka tam zaraza - zaśmiał się Jankas. - Nie ma żadnej zarazy! Za stary już jesteś, żeby gospodarzyć, to ci ziemia odłogiem leży i tyle! - Co ty gadasz? - odparł chłop w zniszczonym kapeluszu. - Moje gospodarstwo też plonów nie daje, a przecie żem robił wszystko, co żem tylko mógł. Plaga jakaś plugawa, psiajucha. Urok kto rzucił, abo co. - A u mnie na gospodarce wszystko kwitnie - wyprężył się dumnie Jankas. - Kłosy pełne, cielaków mnóstwo, a gnojówka… Marnappi, zniesmaczony i zażenowany, nie miał ochoty słuchać o wspaniałych właściwościach gnojówki, szybko więc wstał z miejsca i ponownie rozejrzał się po karczmie. Przy ławie na końcu sali siedziało kilku rosłych chłopów w towarzystwie niskiego kapłana, odzianego w prosty, brązowy habit z krótkim kapturem. Kupiec powoli podążył w ich stronę, usiadł na skraju stołu i nasłuchiwał. - Nie ma wątpliwości, że to przez nią - mówił spokojnie duchowny. - To prawda - zgodził się chłop, siedzący tuż obok niego. - Odkąd tylko pojawiła się we wsi same nieszczęścia spadają. Wilcy się wszędzie pałętają, zwierzęta zdychają, dzieci znikają, a ostatnio nawet i zbójcy na kupców napadają. Ona rzuciła na nas urok! - Nie, to nie może być ona - odezwał się najmłodszy. - Przecie żem ją widział jak w oknie stała i na drzewa patrzała. - A więc zaraza to też jest wina! - wychrypiał wieśniak z sumiastym wąsem. - Od drzew się przecie wszystko zaczęło! - Raz pamiętam - powiedział inny - jak się tu sprowadziła, to żeśmy myśleli, że skoro przyjechała, to trza by ją jakoś przywitać. Wchodzimy z moją kobietą do jej domu, a tam ciemno jak w samym piekle, smród nie do wytrzymania i jeszcze wywary gotowała. Całe szczęście, że jej samej nie było, bo pewnie by mnie w żabę zamieniła, abo jeszcze co gorszego. - Musicie się pozbyć tej wiedźmy raz na zawsze - powiedział spokojnie kapłan. - To przez nią spada na was kara bogów. Jest na to tylko jeden sposób… Marnappi nie usłyszał już, jakie rozwiązanie przedstawił chłopom duchowny, zresztą mało go to obchodziło. Instynktownie wyczuł, że los się do niego uśmiecha. Od dawna poszukiwał pewnego magicznego specyfiku, za który jeden z ekscentrycznych szlachciców zaoferował połowę swojego majątku. Kupiec postanowił, że następnego dnia wieczorem pójdzie do chaty czarownicy i zapyta o eliksir. Był spokojny, miał już doświadczenie w handlu z wiedźmami, poza tym posiadał liczne amulety. Zadowolony z siebie, wstał, przeszedł się spokojnie po karczmie, prezentując swoją kosztowną, szafirową togę i złoty, jedwabny pas, pokłonił się karczmarzowi i udał się do wynajętego pokoju.
***
Następnego dnia Marnappi długo siedział u sołtysa, słuchając opowieści o słabych plonach, kryzysie, możliwości zakupu gospodarstwa, złej polityce państwa, głodzie, który niechybnie zapanuje i o wałęsających się po lecie wilkach. Dopiero wieczorem, kiedy samogon zwalił zarządcę z nóg, kupiec mógł wrócić do karczmy. Czekał już tam na niego posłaniec.
- Dostarczyłem twoją wiadomość, panie, i przybywam z odpowiedzią - goniec pokłonił się i podał Marnappiemu zapieczętowany pergamin. - Dziękuję - odparł obojętnie handlarz i rzucił posłańcowi niewielki mieszek. - Możesz odejść. W otrzymanym liście współpracownik wyraził głębokie współczucie z powodu napadu i utraty cennych towarów, wychwalał odważną ucieczkę kupca, zapewnił, że podczas jego nieobecności zajmował się całym interesem. Ponadto poinformował, że wysłał już swoich ludzi do wsi i najprawdopodobniej o wschodzie słońca będzie mógł wracać do miasta. Zadowolony Marnappi poprosił karczmarza, żeby zapakował jego rzeczy, gdyż o świcie zamierza wyruszyć i wyszedł. Słońce miało się już ku zachodowi, ostatnie promienie padały na strzechy wiejskich domów. Drzewa w pobliskich sadach rodziły owoce, a łąki pokryte były morzem kwiatów. Chłopi pracowali jeszcze na polach, dlatego na podwórkach i drodze biegały bawiące się dzieci, pilnowane przez starców, siedzących na ławkach. Tak zapewne zaczynałby się opis tej wsi, gdyby zachwycał się nią jakiś poeta czy trubadur. Jednak Marnappi, człowiek twardo stąpający po ziemi, postrzegał ją z zupełnie innej strony. Z pogardą patrzył na schorowanych starców, ubłocone dzieci, bawiące się w nieznaną mu bliżej grę, z daleka omijał psy, wałęsające się wszędzie, chustką osłaniał nos, aby nie czuć smrodu obornika i uryny. Dom wiedźmy w niczym nie przypominał innych chat ze wsi. Ściany były pobielone wapnem, w oknach wisiały ciężkie, czarne zasłony, na rabatach rosły rośliny o dziwnych kształtach. Kupiec powoli zbliżył się do dużych, drewnianych drzwi i zapukał. Odpowiedziała mu cisza. Nacisnął na klamkę, pchnął lekko drzwi, które potwornie zaskrzypiały. Dotknął amuletów na szyi, tak na wszelki wypadek, i wsunął się do środka. Wewnątrz panowała ciemność, rozproszona jedynie przez dużą świecę, stojącą na stole pod ścianą. Minęło parę chwil, zanim wzrok Marnappiego przystosował się do mroku. Dopiero wtedy zobaczył na półkach fiolki z miksturami, zasuszone rośliny i mnóstwo starych, podartych ksiąg. Na środku pokoju stał wielki kocioł z przygotowanym wywarem. Pachniało suszonymi grzybami, trawą i stęchlizną. Handlarz nie chciał, żeby wiedźma wypróbowała na nim działanie którejkolwiek z tych mikstur, zaczął więc nerwowo przeszukiwać szafy. Nagle usłyszał głośne skrzypnięcie po drugiej stronie pomieszczenia. Przerażony Marnappi skoczył do drzwi. Mocno nacisnął na klamkę. Drzwi nie ustępowały. Kupiec w blasku świecy dostrzegł postać, wyłaniającą się z podłogi. Miała białą, trupią cerę, zmierzwione, jasne włosy, czerwone jak krew usta i posępny wyraz twarzy. Handlarz chciał krzyczeć, ale przerażenie odebrało mu głos, wydał z siebie jedynie zduszony jęk. Postać usłyszała go, skierowała w jego stronę zimne, blade oczy, wzięła świece w obie dłonie i powoli zbliżała się do drzwi. Marnappi zalał się zimnym potem. Patrzył, jak zjawa płynęła w powietrzu. Zaczął głośno dyszeć. Odsunął się na bok, rękami szukał czegokolwiek do obrony. Potrącił przypadkiem kilka szklanych menzurek, które z brzdękiem rozbiły się o podłogę. Postać była już bardzo blisko. Zasłonił twarz dłońmi. - Zostaw mnie! - wykrzyczał nagle na całe gardło - Odejdź! Zrobię wszystko, co chcesz, tylko zostaw mnie! Nie chce umierać! Odejdź! Nie dotykaj mnie! - Przepraszam, czy coś się stało? - usłyszał przed sobą miły, ciepły głos. - Wybaczcie, nie chciałam was przestraszyć. Marnappi szeroko otworzył oczy i spojrzał przez palce na zjawę. Nie była już tak przerażająca. Miała zatroskany wyraz twarzy i piękne, bladoniebieskie oczy. Uśmiechnęła się ładnie do kupca i podała mu rękę. Handlarz niepewnie odwzajemnił uścisk, lecz uspokoił się, kiedy poczuł ciepło delikatnej dłoni. - Proszę mi wybaczyć, że nic nie mówiłam - rzekła, zapalając inne świece - ale myślałam, że to mój kot, Tasumi. Naprawdę nie chciałam was przestraszyć. - Nic się nie stało - odparł zdziwiony kupiec. - Jestem Ravesna - powiedziała wesoło i ukłoniła się. - Siadajcie, za chwilę się wami zajmę. Handlarz zajął miejsce przy stole i przyglądał się uważnie wiedźmie, mieszającej energicznie wywar w kotle. Była wysoka i zgrabna, miała bladą cerę oraz delikatne, dziecięce rysy twarzy. Rozwiane złote włosy opadały na hipnotyzujące oczy, które co chwilę spoglądały w jego stronę. Nosiła postrzępioną, ubrudzoną ziemią suknię, podkreślającą jej talię. Choć wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia lat, kupiec ostrożnie podchodził do oceny jej wieku. Dobrze znał właściwości niektórych magicznych eliksirów, pozwalających zachować młodość. Wiedźma dosypała jakichś ziół, mruknęła coś pod nosem. Potem przybliżyła się do stołu i usiadła naprzeciwko kupca. Na jej kolanach położył się czarny kot ze złotymi ślepiami. - W czym mogę wam pomóc? - zapytała uśmiechnięta. - Czegoś potrzebujecie, panie… - Marnappi, Marnappi Svarnsen - odparł. - Jestem handlarzem. Poszukuję pewnego magicznego specyfiku i chciałbym się dowiedzieć, czy moglibyście mi go odsprzedać. - A co ja, wiedźma? - zaśmiała się Ravesna. - Jestem zwykłą zielarką, więc mogę co najwyżej sprzedać wam mikstury lecznicze. Marnappi spojrzał na półki, zapełnione fiolkami z wywarami. Dopiero teraz zobaczył etykietki, naklejone na przedniej ściance każdej butelki, informujące o rodzaju schorzenia, na które preparat pomaga i wykorzystanych do produkcji ziołach. - Proszę mi wybaczyć, że jest tu tak ciemno - zawstydziła się Ravesna - ale mikstury szybko się psują przy świetle słonecznym. Nie zawracajcie też uwagi na mój wygląd, hoduję kilka rzadkich roślin w piwnicy i musiałam trochę nad nimi popracować. Nie byłam przygotowana na to, że będę miała gościa. Zresztą, odkąd się tu pojawiłam, nikt mnie jeszcze nie odwiedził. - Nie szkodzi - odrzekł spokojnie Marnappi. - Cóż, nie będę wam w takim razie przeszkadzał. Poza tym jutro wyruszam, muszę przygotować się do drogi. - Poczekajcie, a może chcecie kupić parę lekarstw? - zapytała zielarka. - Nie chcę za nie dużo, a obiecuję, że są dobrej jakości. - Dobrze, wezmę, skoro nalegacie. Popatrzył na etykietki i wybrał te, które leczyły najrzadsze znane mu choroby, wyciągnął z mieszka kilka złotych monet i rzucił niedbale na stół. - Dziękuję wam, panie - powiedziała uradowana Ravesna. - Nigdy wam tego nie zapomnę. - Drobiazg - odparł sucho i spojrzał w kierunku drzwi. Zielarka podeszła do nich nacisnęła delikatnie klamkę i lekko szarpnęła. Zaskrzypiało. Zadowolona z siebie rzekła: - Następnym razem proszę nie zamykać, bardzo często się zatrzaskują. Marnappi wyszedł, uśmiechnął się jeszcze raz do Ravesny i udał się do karczmy. Był niezadowolony, że nie osiągnął swojego celu. Chciał jak najszybciej stąd wyjechać.
***
Następnego dnia o świcie obudziło go pukanie do drzwi. Córka karczmarza przyniosła mu śniadanie i odświeżone ubranie. Poinformowała też, że jego koń jest już przygotowany, a ludzie czekają na sygnał do odjazdu. Uradowany, ubrał się szybko, zjadł kawał chleba, popił ciepłym mlekiem i wyszedł przed oberżę. - Witaj, panie - pokłonił się dowódca straży. - Przyjmij pozdrowienia od Carvanisa, twojego współpracownika i przyjaciela. Wyruszymy, kiedy zechcesz. - Natychmiast - odparł krótko handlarz. - Na konie! - krzyknął dowódca do swoich towarzyszy i odszedł. Świtało. Pierwsze promienie słoneczne oświetlały strzechy wiejskich domów. Po drugiej stronie nieba, na zachodzie, rozpościerała się czerwona łuna. Czuć było zapach zwęglonego drewna. - Co jest? - zapytał kupiec stojącą obok niego córkę karczmarza. - Paliło się czy co? Dziewczyna zbliżyła się do Marnappiego i szepnęła: - W nocy podpalili chatę wiedźmy.
| || Marta ||
|
Sorry, że tak zwlekałam długo z komentarzem ;)
Bardzo mi się podoba - -styl, dialogi, tło społeczne. ALE!!! Gdybyś poczytał książki opisujące relacje wiejskie, to byś był bardziej konsekwentny ;) To jest fantasy na wzór średniowiecza - mniej więcej. Raz piszesz, że "pany" coś zrobiły, czyli sugerujesz, że to coś w rodzaju feudalizmu i relacji patronalno-klientalnych. A później pojawia się info, że wieśniacy sprzedają i kupują gospodarki. Albo są na włościach u pana, albo mają wolne gospodarki i zadłużają się. Nie ma na raz kilku systemów społecznych - nie wierzę w fantasy w ekonomii. Ja to teraz upraszczam, ale jeśli chcesz pogłębić tło społeczne w swoich opowiadaniach, to polecam książkę Jana Bystronia "Kultura ludowa". Sporo wyjaśnia i nie jest ciężka w czytaniu. Przede wszystkim nie będziesz opisywał gospodarki feudalnej w ciemno.
Kolejna rzecz to pamiętaj, że wódka i spiryt z kartofla przyszły na zachód z Rosji w XVII - XVIII wieku. Bardziej do obrazka wieśniaka pasuje piwko :) Ale to tak na marginesie, bo wymyślony świat nie musi się pokrywać z rzeczywistością :)
Ostatnia sprawa to "ci" czy "Ci". Wielką literą pisze się tylko, kiedy zwracasz sie PISEMNIE do kogoś. W dialogach nie, bo one odzwierciedlają język mówiony, nie transkrybujesz listu. To tak na przyszłość, bo mnie wkurza wszędzie naćkane "Wam", "Tobie" i - najgorsze "Nam", "Nasz". Pisanie o sobie wielką literą to przestępstwo w etykiecie ;)
Pisz dalej! Bardzo mi się podoba styl i czekam na ciąg dalszy. Mam nadzieję, ze między wątkami będą jakieś powiązania :)
Pozdrawiam
Marta S. |
brak www || data: 20/01/2012 21:38:56
87-207-168-105.dynamic.chello.pl || IP: 87.207.168.105
|
| || K ||
|
| znasz mą opinię... |
brak www || data: 2/01/2012 22:24:19
host-89-231-170-64.dynamic.mm.pl || IP: 89.231.170.64
|
| || Bas ||
|
| Kubaaa! Jak już mówiłam, podoba mi się zakończenie. Serio mnie nim zadziwiłeś i to Ci się chwali, ha! Błędy już Ci wytykałam, więc rozwodzić się nad nimi nie będę. Pisz dalej, idzie Ci coraz lepiej:) |
brak www || data: 2/01/2012 22:18:56
host-86-111-109-123.tvk.torun.pl || IP: 86.111.109.123
|
|